niedziela, 14 września 2014

I Wawerska Piątka

Słonecznie i wietrznie, jak okiem sięgnąć pola i łąki a pod nogami nowa nawierzchnia asfaltowa... W takich oto okolicznościach przyrody odbył się bieg... I Wawerska Piątka... jak sama nazwa wskazuje na dystansie 5 km.
Na miejsce przybyłam w miłym towarzystwie Ani i Konrada (pozdrawiam serdecznie). Kolejki po numer startowy jeszcze nie było więc formalności przebiegły sprawienie.  ...a słonce świeci i świeci... Spacerowym krokiem podążyliśmy na rozeznanie okolicy, zlokalizowanie miejsca startu i mety oraz znalezienie dogodnych miejsc dla fotografa. Po drodze nadbiegła Ren z Radosne bieganie. Szybko odebrała swój pakiet i ruszyłyśmy truchtem na start, który okazał się być oddalonym o prawie 2 km od mety. Generalnie koncepcja biegu była taka: jest odcinek nowo wykonanej drogi między dwiema innymi i na tym właśnie odcinku biegamy. Więc start był gdzieś pośrodku między polami, biegło się ok 2km w kierunku mety, potem nawrotka i prosto aż do końca drogi, tam znowu nawrotka i rura do mety - ot, takie tam i z powrotem.
Zatem dotarłyśmy na start. Garminy odpalone grzeją się na nadgarstkach, biegacze i biegaczki podskakują sobie... Ogólnie miło i kameralnie. W końcu wystrzał startera rozerwał sielankową ciszę warszawskich pól i wystartowaliśmy. 
Na trasie słońce i wiatr, wiatr i słońce... słońce zawsze w oczy a watr zawsze w twarz... widać taka karma... W czasie biegu generalnie już na drugim kilometrze miałam dosyć. Biegacze rozciągnęli się na całej długości trasy. Na trzecim kilometrze złapałam swój rytm i biegło mi się trochę lepiej. Obok mnie biegaczka trochę przechodziła do marszu, potem podbiegała kawałek i tak raz ja ją mijałam, raz ona mnie... i tak pyknął czwarty kilometr. "Za tamtym zakrętem jest meta" - pomyślałam i lekko przyspieszyłam. Gdy weszłam w zakręt zobaczyłam, że ta biegnąco-maszerująca biegaczka chce mnie wyprzedzić. "Ooo, co to, to nie. Nie po to biegłam przez cały czas żeby teraz taki marszo-bieg był przede mną na mecie" - pomyślałam i wydłużyłam krok. Moja rywalka jednak nie odpuściła, też przycisnęła. No to ja jeszcze przyspieszyłam... i już, już myślałam, że jednak ona będzie pierwsza gdy pojawiły się okrzyki kibiców i brawa i nie wiem skąd znalazłam jeszcze kilka centymetrów w kroku i jeszcze sekundy prędkości i normalnie o czubek buta ją wyprzedziłam :) Takiego finiszu jak żyję i biegam to nie miałam. Dostałam medal i butelkę wody i podłam na trawnik. Reanimacja nie była konieczna. 

Na mecie czekały na mnie Ren i Ewa a minutę po mnie dobiegła Ania, Konrad dzielnie pstrykał foty na fejsa ;) i tak całą gromadą udaliśmy się na miejsce pikniku gdzie odbyła się dekoracja zwycięzców i losowanie nagród. Żadna z nas nic nie wylosowała, mimo to w wyśmienitych humorach udaliśmy się do domów. A teraz dochodzę do wniosku, że bieganie po słońcu powoduje u mnie potworny ból głowy gdyż najchętniej łepetynę wymieniłabym na inną, taką niebolącą :/

3 komentarze:

  1. Też nie lubię biegania po słońcu :) Okrzyki i doping kibiców - to nas motywuje na trasie :) No a ten medal - ten medal to i tak nasze wielkie zwycięstwo - zwycięstwo nad słabościami :) Mimo tego czy zwyciężymy i zajmiemy miejsce na podium czy nie - my i tak zwyciężamy :)

    Pozdrawiam biegowo :) Małgosia

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny blog! :)

    Wytrwałości i powodzenia pozdrawiam Patrycja! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zazdroszczę Ci motywacji... Ja nie mogę się za siebie zabrać...

    OdpowiedzUsuń