sobota, 16 sierpnia 2014

poczułam to

Gdy robiłam kurs na prawo jazdy i uczyłam się parkować. Początkowo nie było to łatwe. Jadę drogą i mam skręcić w miejsce parkingowe. Nigdy nie mogłam trafić w miejsce wyznaczone liniami a jak już trafiłam to zawsze kończyłam po skosie. Nie udawało mi się zaparkować prostopadle do jezdni. Aż pewnego dnia wykonując manewr parkowania poczułam w dłoniach kierownicę i jej połączenie z przednimi kołami, które prowadzą całe auto. Jakby za sprawą czarodziejskiej różdżki, w jednej sekundzie poczułam bo nie mogę powiedzieć, że zrozumiałam, więc poczułam o co chodzi, poczułam to, że auto pojedzie tak jak przednie koła a o ich skręcie decydują moje ręce…

Biegam dość regularnie, można powiedzieć, że uczę się biegać i zastanawiam się jak biegać szybciej, jak to zrobić… Trochę czytam, trochę rozmawiam z innymi biegaczami, kilka razy byłam na zorganizowanym treningu… Biegam, ćwiczę, trenuję… Ostatnio zauważyła, że zdarza mi się biegać szybciej… Zaczęłam się zastanawiać skąd pochodzi to „szybciej”… Aż pewnego dnia poczułam to w nogach, poczułam pracę nóg, wysiłek jaki trzeba włożyć w to żeby się odbić od nawierzchni, żeby nogę podnieść, dać krok do przodu, poczułam tą pracę jaką musi wykonać łydka, udo, pośladek…
Okazało się, że do tej pory nie wkładałam należycie dużo wysiłku w bieganie, ot tak sobie truchtałam i nogami przebierałam jak mi wyszło. Teraz chcę biegać szybciej. I dziś mam poczucie, że wiem jak to zrobić. Poczułam to w nogach, a to co poczułam na zawsze zostaje moje. Tak jak łuk, po którym toczą się koła samochodu parkującego, poczułam w rękach, tak bieganie poczułam w nogach… i zobaczyłam jak wiele pracy jeszcze przede mną i jak wiele sukcesów mnie jeszcze czeka :)

Teraz obmyślam plan.
Najbliższe dwa tygodnie to jeszcze przygotowania do mojej pierwszej połówki. Po ostatnim starcie na 10 km myślę, że powinnam się zmieścić w 2:30.
We wrześniu będzie trochę mniej biegania a więcej pilatesu. Muszę w końcu dobrać się mojej oponki i się z nią pożegnać oraz wzmocnić stabilizację i mięśnie nóg.
A od października przygotowanie do Biegu Niepodległości i poprawki czasu na dychę – ciekawe ile uda mi się urwać.
Przy tym zaczynam pilnować się z jedzeniem: więcej gotowania, warzyw, owoców, nabiału, mniej bułek a słodycze tylko w niedzielę… i tu powstaje pytanie: czy lody i galaretka to słodycze???

poniedziałek, 28 lipca 2014

XXIV Bieg Powstania Warszawskiego

Wiecie jak to jest realizować noworoczne postanowienia? A w ogóle pamiętacie co sobie postanawialiście? Ha! a Ja i pamiętam i realizuję. Przebiegnięcie trzech warszawskich biegów z kolekcji "zabiegaj o pamięć" jest moim postanowieniem, które realizuję. Drugi medal zdobyty razem z oficjalną życiówką na 10 km. Ale po kolei... Zatem...

XXIV Bieg Postania Warszawskiego postanowiłam zaatakować na dystansie 10 km - ambitnie, a co ;) to miał być mój "sprawdzian" przed półmaratonem. Dotarłam zatem na miejsce. Odnalazłam szatnię i się przebrałam - dobrym pomysłem było przebieranie się, podróż w butach biegowych z pewnością nie wpłynęłaby pozytywnie na stan moich stóp a tak podróż w sandałkach a bieganie w nikeach. Super! Powoli zaczęłam zmierzać do swojej strefy czasowej. Po drodze trochę truchtania, rozgrzeweczka: ramiona, bioderka, kolanka, kostki, truchtanie... Zbliżaliśmy się do linii startu a tu widzę biegacze z medalami na szyi... no doprawdy, jaki to nietakt, tak paradować z medalem gdy ja jeszcze nie wystartowałam ;) W końcu wystartowaliśmy.
Jeszcze dobrze nie zamknęłam pierwszego kilometra a tu w motocyklowej asyście pierwszy biegacz mnie minął. Wśród biegaczy rozległ się głuchy jęk a mnie ten pierwszy zawodnik dodał sił i tak już było przez całą trasę. Ci co startowali przede mną i potem mnie dublowali byli dla mnie motywacją i cały czas pokazywali mi energię i lekkość z jaką można a może nawet należy biegać. 
Na trasie dużo kibiców - przynajmniej podczas pierwszego okrążenia. Momentami było naprawdę głośno, brawa bili głównie kibice, chociaż był wyjątek: dwóch brzuchatych i wąsatych panów w pomarańczowych garniturkach przyglądało się biegaczom, po czym jeden rzekł: "Ja to nawet lubię to bieganie... jak mogę tak stać i patrzeć" - pan otrzymał brawa od biegnących ;)
Na wysokości Starówki doping był duży, ludzie powstawali od kafejkowych stolików, bili brawa, wznosili okrzyki. Doping kibiców to jest to co daje moc! I w takim optymistycznym nastroju dotarłam do Karowej. Pomyślałam sobie "teraz można szybko w dół, uważaj na innych i wydłuż krok" Bardzo przyjemnie biegnie się w dół... no chyba, że nad głową przelatują samoloty a bliżej i dalej słychać odgłosy walki i nagle z nikąd pojawia się chmura dymu... Normalnie miałam ciarki... A potem już z rozbiegu prosto nad Wisłę iiii... kurtyna wodna :) jakie to było przyjemne... W tym miejscu do moich uszu doszedł motywujący okrzyk: "noga podaje, noga podaje!!!" Muszę przyznać, że nie wiem do kogo ten okrzyk był skierowany ale moje nogi go usłyszały.
Prosta Wybrzeżem... trochę zaczynało robić się nudno... kibiców jak na lekarstwo... Aż tu nagle pojawiają się fontanny i słychać muzykę, normalnie żałowałam, że muszę biec dalej bo miałam wielką chęć popatrzeć. Potem druga kurtyna wodna i pod górkę. Tak, było łatwiej niż na Agrykoli... przynajmniej na pierwszym okrążeniu ;) Na wysokości mety był wodopój i... zamieszanie z metą. Mimo, że trochę wcześniej stał pan z megafonem i głośno nadawał, że "na metę prawą stroną!!!" to trafiło się wielu biegaczy, którzy ominęli wejście w strefę mety i potem zawracali albo skakali przez barierki... Może należało by podawać do ogólnej informacji takie organizacyjne niuanse wcześniej, tak jak podawane są strefy czasowe startu... Już któryś raz spotykam się z sytuacją, że zawodnicy biegnący w biegach gdzie biegnie się ileś kółek przegapiają metę... Wbrew logice jest to, że wyprzedzamy lewą stroną a meta jest po prawej. Ale... może się czepiam.
Zatem kilka łyków wody i łykamy drugie okrążenie. Kibiców jest już zdecydowanie mniej. Na wysokości Starówki zrównuję się z jakąś dziewczyną, która wyraźnie opada z sił, staram się podzielić swoimi. Tu nachodzi mnie taka refleksja, że jestem w jakimś matrixie. Biegnę, miarowo moje stopy uderzają o nawierzchnię, słucham swojego oddechu, pacyfikuję krytyka, który próbuje wgramolić się na moje ramię i już mówi żeby dać spokój z tym bieganiem, jestem jakby w swoim świecie... Rozglądam się i widzę ulice Warszawy, witryny sklepowe, kawiarniane ogródki wypełnione ludźmi, rodzinę na rowerach, która przystanęła i na chwilę, dzwoniąc dzwonkami zawitała w moim świecie, ulicznego grajka z gitarą, grupki roześmianych ludzi i pary obejmujące się lub trzymające się za ręce... a ja biegnę, krok za krokiem, oddech za oddechem... i podoba mi się ten mój świat i dochodzę do wniosku, że jest pięknie!
Potem Karową w dół, wydaje mi się, że gnam jak szalona ale zapis na endomondo wyprowadził mnie później z błędu. Kurtyna wodna - tym razem to nie była mgiełka wodna, tylko strumień wody, który mnie potężnie zmoczył - zasadniczo nie robiło to różnicy gdyż i tak byłam morusieńka... I prosta nad Wisłą, tym razem bez pokazu fontann ale za to z ciekawostką przyrodniczą: dziewczę młode i chude, zbyt chude, w jeansowych szortach i tenisówkach biegło z numerem startowym... Ot, takie cuda...
I ostatnie pareset metrów, pod górę. Już nie miałam siły. Nawet nie patrzyłam na zegarek. Wiedziałam, że biegłam cały czas poniżej 7 min/km więc nie dziwiłam się, że już padam. Przede mną scena: dziewczyna ledwo biegnie a z pobocza wybiegają do niej jej znajomi i zaczynają "tańczyć" wokół niej, a to ją popchają a to pociągną za rękę a to pobiegną i poskaczą obok a to porobią fotki... Myślałam, że ich strzelę, tak mnie z rytmu wybili... W końcu ją wyprzedziłam i ktoś z kibiców krzyknął do mnie "dajesz dziewczyno, dajesz! to już tylko 150 metrów!" I na tych ostatnich metrach chyba nawet przyspieszyłam. Gdy wbiegałam w strefę mety usłyszałam jeszcze pana, który przez megafon przypominał wszystkim, że przekraczając metę należy się uśmiechać żeby ładne zdjęcia były. Osobiście jestem wdzięczna panu za to przypomnienie, bo zawsze o uśmiechu na mecie zapominam i wychodzę jak 3 minuty przed śmiercią.
Metę przekroczyłam z czasem 1:07:27. Medal zawisł na mojej szyi - kocham wolontariuszy, którzy wręczają medale :) Potem dostałam izotonik i kiść bananów, które do zjedzenia nadawały się dopiero w następnym tygodniu.



W domu byłam późno w nocy. Zrzuciłam tylko bieg z zegarka na edno i oczom nie mogłam uwierzyć 10 km w tempie 6:43 min/km... to nic dziwnego, że ostatnie metry były tak ciężkie.
Następnego dnia okazało się, że w zasadzie to nie pamiętam jak dotarłam do domu a należy zaznaczyć, że prowadziłam auto, ups... ;) taka impezka...


niedziela, 13 lipca 2014

poranne wybieganie brrr

Godz. 7:15 zbiórka! Zostało zarządzone poranne wybieganie a Szalona jak to szalona zgodziła się. Budzik dzwoni o 6:55 i rozpoczyna się walka, bitwa, batalia... "Wstawaj już" - "Jeszcze minutkę" - "No wstawaj, Asia czeka! Ren będzie czekać!" - "No ale o tej porze, w niedzielę..." - "Wstawaj!!!" 
Szalona zwlokła się z łóżka. Zza rolety jakby przebijało się słońce. Deszczu nie słychać. To napawa optymizmem... o ile wstając w niedzielę o 7 rano można mówić o optymizmie w jakimkolwiek znaczeniu. Poprzedniego wieczoru ostatkiem rozumu naszykowała sobie Szalona ubranie i ułożyła na krzesełku, teraz wystarczyło tylko się ubrać i wyjść.
Asia już czekała... Jak się umawiamy rano na bieganie to Asia zawsze czeka... Sorry, Asiu! Szybki transport na umówione miejsce. Na parking podjechałyśmy równocześnie z Ren. 
Odpalamy sprzęt - zegarki szukają GPSów. W tym czasie rozgrzewka. Poranne, zaspane jeszcze części mojego ciała wymagają najpierw porządnego rozruszania. Potwierdza się fakt wielokrotnie już udowodniony, że aktywność fizyczna w godzinach porannych nie jest preferowana przez Szalonej ciało. No, może dobry, poranny seks... ale o tym innym razem ;) dziś było bieganie. 
Miało być spokojnie 7 km. Zatem pobiegłyśmy na Łysą Górę i zrobiłyśmy trasę Biegów Górskich. Potem przez las do jeziora a tam cisza i spokój, słońce świeci, wiaterek wieje... w pewnym momencie na jeziorze okazały się stada małych kaczuszek, płynęły prosto na nas co wyglądało jak atak... niestety nie przewidziałyśmy bułki dla kaczki więc musiały się zwierzęta dobrym słowem zadowolić. Po odpoczynku ruszyłyśmy z powrotem do samochodu. Na koniec tak się rozpędziłyśmy, że zbawiennym okazał się znak ograniczenia prędkości, który pomógł nam wrócić na ziemię ;) Wyszło ponad 9 km. 
Asia w szoku.
Ren miała w planach 18 km więc jeszcze dobiega swoje.
Ja zadowolona. Chociaż biegło mi się beznadziejnie... ale nie będę narzekać. Bieganie w okolicznościach przyrody i w dobrym towarzystwie nawet jak jest beznadziejne to jest super :)
Wniosek jest jeden: Muszę ćwiczyć mięśnie nóg.
Tylko foty na fejsa nie zrobiłyśmy ;) - dziewczyny trzeba to powtórzyć, może w przyszłym tygodniu...

wtorek, 1 lipca 2014

czerwiec 2014

Zatem czerwiec minął jak z bicza strzelił. Dopiero co po piknikach na dzień dziecka się chodziło a tu już sezon urlopowy się zaczął... czas szybko biegnie...
A czerwiec minął mi pod hasłem półmaratonu.
Najpierw było przekonanie, że to jeszcze dużo czasu. Potem była panika, że to już tuż, tuż i trzeba coś zacząć biegać konkretniej. Potem było poszukiwanie jakiegoś zjadliwego planu treningowego, który będę w stanie ogarnąć. A potem pierwszy tydzień treningów minął niepostrzeżenie... 
Czerwiec w liczbach? Proszę bardzo:
- przebiegniętych kilometrów: 82 (!!!)
- spalonych kalorii: 6468
- najwięcej kilometrów przebiegniętych w jednym tygodniu: 31(!!!)
To był rekordowy miesiąc jeśli chodzi o ilość kilometrów ale skoro mam przebiec półmaraton to chyba powinnam się do tego przyzwyczajać ;)
Poza tym się działo:
1. Bory Tucholskie - cztery dni w raju :) przede wszystkim wypoczynek: leniuchowanie na pomoście, wygrzewanie się na słońcu, tańce, hulanki i picie wina ale oczywiście także bieganie.
2. Franciszków - tu raczej praca ale biegowe 3 km po okolicy także zaistniało.
3. Biegi Górskie - zupełnie niespodziewanie letnia edycja wypełniła mój biegowy kalendarz :)
4. Wzięło mnie na czytanie. Zatem nabyłam książkę o bieganiu i obecnie oczekuję sms-a z wezwaniem do paczkomatu, może jutro... może pojutrze... :) 

Czerwiec to także nieproszony gość w postaci nerwobólu. Obecnie sytuacja jest opanowana - jeśli nie liczyć skutków ubocznych w postaci polki galopki w moich jelitach. Ale tym się nie martwię, wezmę kolejną tabletkę - tym razem osłonową i będzie dobrze :)

Zatem miesiąc czerwiec uważam, że bardzo udany i rozbiegany.
Lipiec będzie czasem mobilizacji i treningu.

niedziela, 29 czerwca 2014

Biegi Górskie w Otwocku - summer edition - runda 1

"Dylematy biegaczki"
Jestem już ubrana i gotowa do wyjścia. Podobno nie ma złej pogody na bieganie więc zastanawiam się tylko, którą kurtkę zabrać bo może padać... ostatecznie decyduję się na tą niebieską bo ma kaptur i kieszenie. Jestem gotowa gdy nagle słyszę szum. Wychodzę na balkon i widzę ścianę wody. Za chwilę, niemal jednoczesne błyśnięcie i grzmot tak potężny, że uruchomiły się alarmy samochodowe na pobliskim parkingu. "Nieee, taka pogoda nie jest dobra do biegania..." - już nawet nie liczę na to, że przeleci. Zatem Biegi Górskie przebiegły mi koło nosa... ale i tak dziś mam zaplanowany trening... może wieczorem nie będzie padać... a jeśli będzie.... nie pobiegnę... ale nie chcę pomijać treningów przygotowujących do półmaratonu...
Nasłuchuję... jakby szum mniejszy... może już nie będzie padać... może zostaną tylko kałuże i lekka mżawka...
Idę na balkon zobaczyć jaka jest pogoda...
W międzyczasie wysłałam sms-a do koleżanki, która biega z dziećmi: "Dzielne jesteście i biegacie dziś?" Na odpowiedź nie musiałam długo czekać "Mamy płaszcze przeciwdeszczowe i suszarkę..."
Tymczasem niebo zaczęło się przejaśniać. Ulewa ustała. To ostatnia chwila na wyjście z domu, później nie zdążę na start. Szyba decyzja: zakładam gorsze skarpety i stare buty. Na piaszczystej trasie zapewne teraz jest bajoro a na leśnych ścieżkach kałuże. W rękę biorę butelkę z wodą i koszulkę na zmianę i już zamykam drzwi od strony klatki schodowe. Już z samochodu dzwonię do koleżanki żeby zajęła mi kolejkę po odbiór numeru startowego bo już jadę, lecę, pędzę...  
----------------

"Na Łysej Górze"
Dojechałam przed czasem. Numer startowy odebrany przez koleżankę czekał już na mnie. Tym razem "2". Na uwagę zasługuje forma numeru. Nie były to karteczki przypinane "z przodu w widocznym miejscu" lecz siatkowe koszulki żółte i pomarańczowe z nadrukowanym numerem i logo. W końcu nie musiałam walczyć z agrafkami ;) chociaż po biegu wezbrała we mnie nadzieję, że koszulki zostaną porządnie wyprane.
Okazało się, że ulewa jednak biegaczy nie wystraszyła. Ostatnie osoby odebrały numery. Jeszcze tylko foto przy linii startu, odliczanie i ruszyliśmy... pod górę... pod Łysą Górę... W tym momencie przypomniałam sobie, że dawno nie biegałam po górkach. Powietrze było strasznie ciężkie. Las parujący po burzy to nie są najlepsze warunki, poziom tlenu spada do minimum. Potem był podbieg w lesie, potem skręt w prawo i piach i piaszczysty podbieg a potem to już w ogóle nie miałam siły. Nawet ostatnie "z górki" nie było przyjemnością. W końcu ostatnia prosta i meta. 
W porównaniu z edycją zimową biegaczy było malutko więc panowała kameralna atmosfera, było dużo uśmiechu, sporo okrzyków dopingujących biegaczy, było fajnie. Na kolejne biegi trochę trzeba poczekać bo terminy wyznaczone dopiero na wrzesień.

środa, 18 czerwca 2014

zaczynam

Ile razy można zaczynać?
Ja właśnie zaczynam... kolejny raz... 
W zasadzie to nie ma się czym chwalić, bo to co się wydarzyło jest jednak wielką życiową porażką, bo to nie tak miało być... A mimo to piszę... piszę bo chcę to z siebie wyrzucić, bo czuję ulgę, bo nie chcę być z tym sama... 
Z jednej strony ulga, że już po, że już jest z głowy, droga wolna... 
Z drugiej strony strach, bo już tyle złego mnie spotkało i nie wiem jakie jeszcze przykrości czają się z zakrętem nocy, bo tylu "przyjaciół" okazało się "nie-przyjaciółmi", bo trzeba się mierzyć ze stereotypami i ocenami... 
Więcej obaw niż nadziei...
Coś się kończy i trzeba zacząć coś nowego. Wierzę w to, że nikt nie jest sam ze swoim problemem. Wierzę, że ktoś, gdzieś, kiedyś przeżywał już to samo co ja... Zaczynam od nowa i nie wiem co się wydarzy... i w tym momencie zaczęłam się zastanawiać co wiem? co jest pewne? (to co pewne daje poczucie bezpieczeństwa) hmmm... buduję swoje poczucie bezpieczeństwa...
Zatem pewne jest to, że wstanę następnego dnia rano i pójdę do pracy. Pewne jest to, że we wtorki, czwartki i weekendy będę biegać a w środy ćwiczyć pilates. Pewne jest to, że będę szukała radości i będę się uśmiechać a może nawet podśpiewywać pod nosem. Pewne jest to, że wieczorem wypłaczę się w poduszkę aby pozbyć się przychodzących smutków i następnego dnia mieć siłę na szukanie radości, sensu i celu...
Pewne jest to, że nie będzie łatwo ale dam radę bo mogę wszystko... a teraz idę spać, może w krainie snów znajdę źródło siły do robienia tego wszystkiego...

czwartek, 12 czerwca 2014

jak żyć przed półmaratonem?...

Podobno najważniejsze to mieć plan. No i tu zaczyna się problem gdyż jestem mistrzynią planowania. Faza planowania może u mnie trwać w nieskończoność a obmyślanie możliwych rozwiązań opanowałam do perfekcji. Jednak taki stan rzeczy ma jedną zasadniczą wadę: na realizację zostaje mi bardzo niewiele czasu...
Zatem wpadam już w lekką panikę w kontekście planowanego (!!!) półmaratonu. Przebiec ponad 21 km to już nie przelewki, trzeba się dobrze przygotować, trzeba mieć plan... zatem planuję, rozmyślam, rozmawiam, rozglądam się, czytam... Proces planowania w toku... i świta mi gdzieś z tyłu głowy, że to już nadszedł czas na realizację, na działanie, na bieganie a nawet zaryzykuję stwierdzenie, że na trenowanie... Świta... a za tym świtaniem pojawia się panika bo czy ja dam radę? czy przebiegnę? czy dobiegnę? czy dobrze się przygotuję? czy nie będzie nudno? czy nie będzie gorąco? czy nie będzie padać? jak mam się przygotować psychicznie? jak mam myśleć o trasie, która nie niesie żadnych atrakcji? jak myśleć o treningu? co myśleć gdy myślę, że nie mam siły? gdzie jest moja granica wytrzymałości? kiedy powinnam powiedzieć dość i odpuścić? jak trenować? jak jeść? jak się ubrać?...
Co raz częściej myślę sobie, że porwałam się z motyką na słońce. A za chwilę myślę, że przecież biegam więc dlaczego nie spróbować... spróbować z postanowieniem, że się uda. Ale przecież ja biegam całkiem króciutko, mam jeszcze kilka zbędnych kilogramów, kolano czasem odmawia współpracy, ostatnio pofolgowałam sobie ze słodyczami... panika, strach, bezsilność, samotność... fakt czy tylko moje wyobrażenia??? 

Szukam inspiracji. Szukam motywacji do działania bo plan przecież mam. I nie, nie motywują mnie fotki płaskich brzuchów z fitblogów na fb z komentarzem, że ty też możesz, nie motywują mnie fotki kolorowych mamałyg do przełykania bo kto to słyszał żeby blendować szpinak??? Nie motywują mnie biegacze, którzy biegną półmaraton w 1:30 a mówią ale jestem słabiutki/a... Ale też nie wiem co mogłoby mnie zmotywować... 
Zapytasz drogi czytelniku "a co cię motywowało na początku? dlaczego zaczęłaś biegać?". Ta motywacja się wyczerpała... Zaczęłam biegać z rozpaczy. Tak się zdarzyło, że zostałam wygnana do czarnej krainy rozpaczy, do krainy, w której się umiera, w której nie ma nadziei i brakuje powietrza, tam nie ma słońca, jest tylko płacz i rozpacz... Pewnego dnia stwierdziłam, że ja nie chcę umrzeć i muszę coś zrobić żeby żyć. Wstałam zatem z kanapy i pobiegłam... tak po prostu, bez wielkich planów i nadziei, bez wielkich celów... wtedy chciałam żyć i oddychać... Udało się :)
A teraz nie wiem co dalej... żyję... i co dalej??? I ciśnie się na usta pytanie: "jak żyć?" a ja zapytam dalej: jak biegać? jak myśleć o bieganiu? jak znajdować cierpliwość i wytrwałość? jak "chcę" zamienić na "robię"?...
...tak wiele pytań, tak mało odpowiedzi...