piątek, 6 stycznia 2017

10K Parking Relay wg. Go

Genialny początek roku! Bo jak można nazwać inaczej sytuację, w której spełniamy swoje marzenia?...
Go od dwóch lat chciała pobiec w sztafecie, ale jakoś nigdy się nie składało… W tym roku się złożyło. Go wzięła sprawy w swoje ręce. Dziewczyny chętnie do drużyny się zgłosiły i tym sposobem powstały Szybkie i Wściekłe. Żeńska drużyna z numerem 115 wystartowała w 10K Parking Relay.
 

Nie obyło się bez wątpliwości… Czy damy radę, czy zmieścimy się w czasie, jak się ubrać, jak przekazać pałeczkę, czy aby nie zgubię drogi… ;) Jednak obyło się bez większych awarii. Bez problemu ustaliłyśmy kolejność, pakiet startowy odebrany, biegaczki przebrane i przygotowane. W przedsionku i korytarzu zimno i wieje jak diabli. eM zorganizowała wózek sklepowy, w którym wylądowały nasze bambetle i już konferansjer wzywał na start pierwszą zmianę. Zaczęło się podskakiwanie… z zimna nie dało się stać w miejscu… I w tym momencie Go chciałaby ogłosić dzisiejszy rekord w podskakiwaniu w miejscu i przeskakiwaniu z nogi na nogę :) Okazało się, że przy trasie jest dużo cieplej niż w korytarzu i przedsionku – na szczęście :D
Go biegła na czwartej zmianie. Podskakuje sobie Go wypatrując eM, która biegła jako trzecia. Aż tu bach! Numer startowy zadyndał na jednej agrafce… Taaa bo po co używać czterech agrafek?... Już teraz Go wie po co! Panika! Na szczęście jest zespół. Szybka akcja i sytuacja została uratowana i Go szczęśliwe przejęła pałeczkę. Wcześniej dziewczyny dały z siebie wszystko, więc i Go się nie oszczędzała. Szczęśliwie nie było ślisko a i zakręty okazały się nie być zabójcze. Jedynie wiało przy granicy parkingu… wiało czasem bardzo. I wiecie co Go zmarzło najbardziej??? – Język!!! Do prawdy… język jeszcze nigdy Go nie zmarzł aż do dzisiaj ;) Dobrze, że na mecie był ciepła herbata :)
Okazało się, że bieganie po parkingu jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało może być bardzo emocjonujące. A doświadczenie pracy w zespole to dla Go zupełnie nowa rzeczywistość… Nowa i bardzo fajna rzeczywistość. Go chce to powtórzyć :)
I oto została Go posiadaczką pierwszego medalu 2017 :)



niedziela, 1 stycznia 2017

2016 podsumowanie



I tak sobie Go podsumowuje ten 2016 rok… i spogląda Go za siebie i myśli sobie, że trochę szkoda, bo to był bardzo dobry czas… a z drugiej strony to dobrze, bo ta dieta to może człowieka wykończyć…
2016 rok zaczął się dla Go mocnym stwierdzeniem, że dość tych kilogramów i frustracji z tym związanych i właściwie na tym postanowienia noworoczne się skończyły i Go wzięła się za realizację.
W pierwszych krokach nowego roku rozchorował się Go straszliwie, więc dwa tygodnie na antybiotyku a potem dochodzenie do siebie zajęło trochę czasu… W końcu udało się Go ogarnąć i pomocnika do realizacji planów znaleźć i tak od marca Go z nieocenioną pomocą Marcina wytoczyła ciężką artylerię w walce z tłuszczem.
Nabyła Go wagę kuchenną (!!!) Wypełniła niezliczone tabelko dla trenera i z lekkim przerażeniem zakasała rękawy, co by tą dietę w gramach ogarnąć.
Mijały kolejne tygodnie i miesiące. Spadały kolejne gramy i kilogramy.
Go zaprzyjaźniła się z siłownią.
W bieganiu szału nie było, bo bieganie na redukcję nie jest nastawione na bicie życiowych rekordów… no chyba, że w ilości zredukowanych kilogramów.
Na koniec roku 2016 waga pokazywała 63 kg, czyli 12,5 kg mniej niż w lutym 2016 i to jest dla Go największy sukces i to chyba nawet nie tylko tego roku.
Poza tym Go pobiegła kilka biegów: w końcu udało się zrobić cały cykl Zimowych Biegów Górskich w Falenicy, był także fantastyczny Półmaraton w Lądku Zdrój w ramach Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich ze świetną ekipą, kilka piątek i dyszka na stulecie Otwocka… więc jak się okazuje takiego zupełnego lenistwa nie było bo w sumie ponad 800 km Go wybiegała.
Go jest bardzo zadowolona z minionego roku. Życzyłaby sobie Go by ten rozpoczęty 2017 nie był gorszy :)

niedziela, 14 września 2014

I Wawerska Piątka

Słonecznie i wietrznie, jak okiem sięgnąć pola i łąki a pod nogami nowa nawierzchnia asfaltowa... W takich oto okolicznościach przyrody odbył się bieg... I Wawerska Piątka... jak sama nazwa wskazuje na dystansie 5 km.
Na miejsce przybyłam w miłym towarzystwie Ani i Konrada (pozdrawiam serdecznie). Kolejki po numer startowy jeszcze nie było więc formalności przebiegły sprawienie.  ...a słonce świeci i świeci... Spacerowym krokiem podążyliśmy na rozeznanie okolicy, zlokalizowanie miejsca startu i mety oraz znalezienie dogodnych miejsc dla fotografa. Po drodze nadbiegła Ren z Radosne bieganie. Szybko odebrała swój pakiet i ruszyłyśmy truchtem na start, który okazał się być oddalonym o prawie 2 km od mety. Generalnie koncepcja biegu była taka: jest odcinek nowo wykonanej drogi między dwiema innymi i na tym właśnie odcinku biegamy. Więc start był gdzieś pośrodku między polami, biegło się ok 2km w kierunku mety, potem nawrotka i prosto aż do końca drogi, tam znowu nawrotka i rura do mety - ot, takie tam i z powrotem.
Zatem dotarłyśmy na start. Garminy odpalone grzeją się na nadgarstkach, biegacze i biegaczki podskakują sobie... Ogólnie miło i kameralnie. W końcu wystrzał startera rozerwał sielankową ciszę warszawskich pól i wystartowaliśmy. 
Na trasie słońce i wiatr, wiatr i słońce... słońce zawsze w oczy a watr zawsze w twarz... widać taka karma... W czasie biegu generalnie już na drugim kilometrze miałam dosyć. Biegacze rozciągnęli się na całej długości trasy. Na trzecim kilometrze złapałam swój rytm i biegło mi się trochę lepiej. Obok mnie biegaczka trochę przechodziła do marszu, potem podbiegała kawałek i tak raz ja ją mijałam, raz ona mnie... i tak pyknął czwarty kilometr. "Za tamtym zakrętem jest meta" - pomyślałam i lekko przyspieszyłam. Gdy weszłam w zakręt zobaczyłam, że ta biegnąco-maszerująca biegaczka chce mnie wyprzedzić. "Ooo, co to, to nie. Nie po to biegłam przez cały czas żeby teraz taki marszo-bieg był przede mną na mecie" - pomyślałam i wydłużyłam krok. Moja rywalka jednak nie odpuściła, też przycisnęła. No to ja jeszcze przyspieszyłam... i już, już myślałam, że jednak ona będzie pierwsza gdy pojawiły się okrzyki kibiców i brawa i nie wiem skąd znalazłam jeszcze kilka centymetrów w kroku i jeszcze sekundy prędkości i normalnie o czubek buta ją wyprzedziłam :) Takiego finiszu jak żyję i biegam to nie miałam. Dostałam medal i butelkę wody i podłam na trawnik. Reanimacja nie była konieczna. 

Na mecie czekały na mnie Ren i Ewa a minutę po mnie dobiegła Ania, Konrad dzielnie pstrykał foty na fejsa ;) i tak całą gromadą udaliśmy się na miejsce pikniku gdzie odbyła się dekoracja zwycięzców i losowanie nagród. Żadna z nas nic nie wylosowała, mimo to w wyśmienitych humorach udaliśmy się do domów. A teraz dochodzę do wniosku, że bieganie po słońcu powoduje u mnie potworny ból głowy gdyż najchętniej łepetynę wymieniłabym na inną, taką niebolącą :/

sobota, 16 sierpnia 2014

poczułam to

Gdy robiłam kurs na prawo jazdy i uczyłam się parkować. Początkowo nie było to łatwe. Jadę drogą i mam skręcić w miejsce parkingowe. Nigdy nie mogłam trafić w miejsce wyznaczone liniami a jak już trafiłam to zawsze kończyłam po skosie. Nie udawało mi się zaparkować prostopadle do jezdni. Aż pewnego dnia wykonując manewr parkowania poczułam w dłoniach kierownicę i jej połączenie z przednimi kołami, które prowadzą całe auto. Jakby za sprawą czarodziejskiej różdżki, w jednej sekundzie poczułam bo nie mogę powiedzieć, że zrozumiałam, więc poczułam o co chodzi, poczułam to, że auto pojedzie tak jak przednie koła a o ich skręcie decydują moje ręce…

Biegam dość regularnie, można powiedzieć, że uczę się biegać i zastanawiam się jak biegać szybciej, jak to zrobić… Trochę czytam, trochę rozmawiam z innymi biegaczami, kilka razy byłam na zorganizowanym treningu… Biegam, ćwiczę, trenuję… Ostatnio zauważyła, że zdarza mi się biegać szybciej… Zaczęłam się zastanawiać skąd pochodzi to „szybciej”… Aż pewnego dnia poczułam to w nogach, poczułam pracę nóg, wysiłek jaki trzeba włożyć w to żeby się odbić od nawierzchni, żeby nogę podnieść, dać krok do przodu, poczułam tą pracę jaką musi wykonać łydka, udo, pośladek…
Okazało się, że do tej pory nie wkładałam należycie dużo wysiłku w bieganie, ot tak sobie truchtałam i nogami przebierałam jak mi wyszło. Teraz chcę biegać szybciej. I dziś mam poczucie, że wiem jak to zrobić. Poczułam to w nogach, a to co poczułam na zawsze zostaje moje. Tak jak łuk, po którym toczą się koła samochodu parkującego, poczułam w rękach, tak bieganie poczułam w nogach… i zobaczyłam jak wiele pracy jeszcze przede mną i jak wiele sukcesów mnie jeszcze czeka :)

Teraz obmyślam plan.
Najbliższe dwa tygodnie to jeszcze przygotowania do mojej pierwszej połówki. Po ostatnim starcie na 10 km myślę, że powinnam się zmieścić w 2:30.
We wrześniu będzie trochę mniej biegania a więcej pilatesu. Muszę w końcu dobrać się mojej oponki i się z nią pożegnać oraz wzmocnić stabilizację i mięśnie nóg.
A od października przygotowanie do Biegu Niepodległości i poprawki czasu na dychę – ciekawe ile uda mi się urwać.
Przy tym zaczynam pilnować się z jedzeniem: więcej gotowania, warzyw, owoców, nabiału, mniej bułek a słodycze tylko w niedzielę… i tu powstaje pytanie: czy lody i galaretka to słodycze???

poniedziałek, 28 lipca 2014

XXIV Bieg Powstania Warszawskiego

Wiecie jak to jest realizować noworoczne postanowienia? A w ogóle pamiętacie co sobie postanawialiście? Ha! a Ja i pamiętam i realizuję. Przebiegnięcie trzech warszawskich biegów z kolekcji "zabiegaj o pamięć" jest moim postanowieniem, które realizuję. Drugi medal zdobyty razem z oficjalną życiówką na 10 km. Ale po kolei... Zatem...

XXIV Bieg Postania Warszawskiego postanowiłam zaatakować na dystansie 10 km - ambitnie, a co ;) to miał być mój "sprawdzian" przed półmaratonem. Dotarłam zatem na miejsce. Odnalazłam szatnię i się przebrałam - dobrym pomysłem było przebieranie się, podróż w butach biegowych z pewnością nie wpłynęłaby pozytywnie na stan moich stóp a tak podróż w sandałkach a bieganie w nikeach. Super! Powoli zaczęłam zmierzać do swojej strefy czasowej. Po drodze trochę truchtania, rozgrzeweczka: ramiona, bioderka, kolanka, kostki, truchtanie... Zbliżaliśmy się do linii startu a tu widzę biegacze z medalami na szyi... no doprawdy, jaki to nietakt, tak paradować z medalem gdy ja jeszcze nie wystartowałam ;) W końcu wystartowaliśmy.
Jeszcze dobrze nie zamknęłam pierwszego kilometra a tu w motocyklowej asyście pierwszy biegacz mnie minął. Wśród biegaczy rozległ się głuchy jęk a mnie ten pierwszy zawodnik dodał sił i tak już było przez całą trasę. Ci co startowali przede mną i potem mnie dublowali byli dla mnie motywacją i cały czas pokazywali mi energię i lekkość z jaką można a może nawet należy biegać. 
Na trasie dużo kibiców - przynajmniej podczas pierwszego okrążenia. Momentami było naprawdę głośno, brawa bili głównie kibice, chociaż był wyjątek: dwóch brzuchatych i wąsatych panów w pomarańczowych garniturkach przyglądało się biegaczom, po czym jeden rzekł: "Ja to nawet lubię to bieganie... jak mogę tak stać i patrzeć" - pan otrzymał brawa od biegnących ;)
Na wysokości Starówki doping był duży, ludzie powstawali od kafejkowych stolików, bili brawa, wznosili okrzyki. Doping kibiców to jest to co daje moc! I w takim optymistycznym nastroju dotarłam do Karowej. Pomyślałam sobie "teraz można szybko w dół, uważaj na innych i wydłuż krok" Bardzo przyjemnie biegnie się w dół... no chyba, że nad głową przelatują samoloty a bliżej i dalej słychać odgłosy walki i nagle z nikąd pojawia się chmura dymu... Normalnie miałam ciarki... A potem już z rozbiegu prosto nad Wisłę iiii... kurtyna wodna :) jakie to było przyjemne... W tym miejscu do moich uszu doszedł motywujący okrzyk: "noga podaje, noga podaje!!!" Muszę przyznać, że nie wiem do kogo ten okrzyk był skierowany ale moje nogi go usłyszały.
Prosta Wybrzeżem... trochę zaczynało robić się nudno... kibiców jak na lekarstwo... Aż tu nagle pojawiają się fontanny i słychać muzykę, normalnie żałowałam, że muszę biec dalej bo miałam wielką chęć popatrzeć. Potem druga kurtyna wodna i pod górkę. Tak, było łatwiej niż na Agrykoli... przynajmniej na pierwszym okrążeniu ;) Na wysokości mety był wodopój i... zamieszanie z metą. Mimo, że trochę wcześniej stał pan z megafonem i głośno nadawał, że "na metę prawą stroną!!!" to trafiło się wielu biegaczy, którzy ominęli wejście w strefę mety i potem zawracali albo skakali przez barierki... Może należało by podawać do ogólnej informacji takie organizacyjne niuanse wcześniej, tak jak podawane są strefy czasowe startu... Już któryś raz spotykam się z sytuacją, że zawodnicy biegnący w biegach gdzie biegnie się ileś kółek przegapiają metę... Wbrew logice jest to, że wyprzedzamy lewą stroną a meta jest po prawej. Ale... może się czepiam.
Zatem kilka łyków wody i łykamy drugie okrążenie. Kibiców jest już zdecydowanie mniej. Na wysokości Starówki zrównuję się z jakąś dziewczyną, która wyraźnie opada z sił, staram się podzielić swoimi. Tu nachodzi mnie taka refleksja, że jestem w jakimś matrixie. Biegnę, miarowo moje stopy uderzają o nawierzchnię, słucham swojego oddechu, pacyfikuję krytyka, który próbuje wgramolić się na moje ramię i już mówi żeby dać spokój z tym bieganiem, jestem jakby w swoim świecie... Rozglądam się i widzę ulice Warszawy, witryny sklepowe, kawiarniane ogródki wypełnione ludźmi, rodzinę na rowerach, która przystanęła i na chwilę, dzwoniąc dzwonkami zawitała w moim świecie, ulicznego grajka z gitarą, grupki roześmianych ludzi i pary obejmujące się lub trzymające się za ręce... a ja biegnę, krok za krokiem, oddech za oddechem... i podoba mi się ten mój świat i dochodzę do wniosku, że jest pięknie!
Potem Karową w dół, wydaje mi się, że gnam jak szalona ale zapis na endomondo wyprowadził mnie później z błędu. Kurtyna wodna - tym razem to nie była mgiełka wodna, tylko strumień wody, który mnie potężnie zmoczył - zasadniczo nie robiło to różnicy gdyż i tak byłam morusieńka... I prosta nad Wisłą, tym razem bez pokazu fontann ale za to z ciekawostką przyrodniczą: dziewczę młode i chude, zbyt chude, w jeansowych szortach i tenisówkach biegło z numerem startowym... Ot, takie cuda...
I ostatnie pareset metrów, pod górę. Już nie miałam siły. Nawet nie patrzyłam na zegarek. Wiedziałam, że biegłam cały czas poniżej 7 min/km więc nie dziwiłam się, że już padam. Przede mną scena: dziewczyna ledwo biegnie a z pobocza wybiegają do niej jej znajomi i zaczynają "tańczyć" wokół niej, a to ją popchają a to pociągną za rękę a to pobiegną i poskaczą obok a to porobią fotki... Myślałam, że ich strzelę, tak mnie z rytmu wybili... W końcu ją wyprzedziłam i ktoś z kibiców krzyknął do mnie "dajesz dziewczyno, dajesz! to już tylko 150 metrów!" I na tych ostatnich metrach chyba nawet przyspieszyłam. Gdy wbiegałam w strefę mety usłyszałam jeszcze pana, który przez megafon przypominał wszystkim, że przekraczając metę należy się uśmiechać żeby ładne zdjęcia były. Osobiście jestem wdzięczna panu za to przypomnienie, bo zawsze o uśmiechu na mecie zapominam i wychodzę jak 3 minuty przed śmiercią.
Metę przekroczyłam z czasem 1:07:27. Medal zawisł na mojej szyi - kocham wolontariuszy, którzy wręczają medale :) Potem dostałam izotonik i kiść bananów, które do zjedzenia nadawały się dopiero w następnym tygodniu.



W domu byłam późno w nocy. Zrzuciłam tylko bieg z zegarka na edno i oczom nie mogłam uwierzyć 10 km w tempie 6:43 min/km... to nic dziwnego, że ostatnie metry były tak ciężkie.
Następnego dnia okazało się, że w zasadzie to nie pamiętam jak dotarłam do domu a należy zaznaczyć, że prowadziłam auto, ups... ;) taka impezka...


niedziela, 13 lipca 2014

poranne wybieganie brrr

Godz. 7:15 zbiórka! Zostało zarządzone poranne wybieganie a Szalona jak to szalona zgodziła się. Budzik dzwoni o 6:55 i rozpoczyna się walka, bitwa, batalia... "Wstawaj już" - "Jeszcze minutkę" - "No wstawaj, Asia czeka! Ren będzie czekać!" - "No ale o tej porze, w niedzielę..." - "Wstawaj!!!" 
Szalona zwlokła się z łóżka. Zza rolety jakby przebijało się słońce. Deszczu nie słychać. To napawa optymizmem... o ile wstając w niedzielę o 7 rano można mówić o optymizmie w jakimkolwiek znaczeniu. Poprzedniego wieczoru ostatkiem rozumu naszykowała sobie Szalona ubranie i ułożyła na krzesełku, teraz wystarczyło tylko się ubrać i wyjść.
Asia już czekała... Jak się umawiamy rano na bieganie to Asia zawsze czeka... Sorry, Asiu! Szybki transport na umówione miejsce. Na parking podjechałyśmy równocześnie z Ren. 
Odpalamy sprzęt - zegarki szukają GPSów. W tym czasie rozgrzewka. Poranne, zaspane jeszcze części mojego ciała wymagają najpierw porządnego rozruszania. Potwierdza się fakt wielokrotnie już udowodniony, że aktywność fizyczna w godzinach porannych nie jest preferowana przez Szalonej ciało. No, może dobry, poranny seks... ale o tym innym razem ;) dziś było bieganie. 
Miało być spokojnie 7 km. Zatem pobiegłyśmy na Łysą Górę i zrobiłyśmy trasę Biegów Górskich. Potem przez las do jeziora a tam cisza i spokój, słońce świeci, wiaterek wieje... w pewnym momencie na jeziorze okazały się stada małych kaczuszek, płynęły prosto na nas co wyglądało jak atak... niestety nie przewidziałyśmy bułki dla kaczki więc musiały się zwierzęta dobrym słowem zadowolić. Po odpoczynku ruszyłyśmy z powrotem do samochodu. Na koniec tak się rozpędziłyśmy, że zbawiennym okazał się znak ograniczenia prędkości, który pomógł nam wrócić na ziemię ;) Wyszło ponad 9 km. 
Asia w szoku.
Ren miała w planach 18 km więc jeszcze dobiega swoje.
Ja zadowolona. Chociaż biegło mi się beznadziejnie... ale nie będę narzekać. Bieganie w okolicznościach przyrody i w dobrym towarzystwie nawet jak jest beznadziejne to jest super :)
Wniosek jest jeden: Muszę ćwiczyć mięśnie nóg.
Tylko foty na fejsa nie zrobiłyśmy ;) - dziewczyny trzeba to powtórzyć, może w przyszłym tygodniu...

wtorek, 1 lipca 2014

czerwiec 2014

Zatem czerwiec minął jak z bicza strzelił. Dopiero co po piknikach na dzień dziecka się chodziło a tu już sezon urlopowy się zaczął... czas szybko biegnie...
A czerwiec minął mi pod hasłem półmaratonu.
Najpierw było przekonanie, że to jeszcze dużo czasu. Potem była panika, że to już tuż, tuż i trzeba coś zacząć biegać konkretniej. Potem było poszukiwanie jakiegoś zjadliwego planu treningowego, który będę w stanie ogarnąć. A potem pierwszy tydzień treningów minął niepostrzeżenie... 
Czerwiec w liczbach? Proszę bardzo:
- przebiegniętych kilometrów: 82 (!!!)
- spalonych kalorii: 6468
- najwięcej kilometrów przebiegniętych w jednym tygodniu: 31(!!!)
To był rekordowy miesiąc jeśli chodzi o ilość kilometrów ale skoro mam przebiec półmaraton to chyba powinnam się do tego przyzwyczajać ;)
Poza tym się działo:
1. Bory Tucholskie - cztery dni w raju :) przede wszystkim wypoczynek: leniuchowanie na pomoście, wygrzewanie się na słońcu, tańce, hulanki i picie wina ale oczywiście także bieganie.
2. Franciszków - tu raczej praca ale biegowe 3 km po okolicy także zaistniało.
3. Biegi Górskie - zupełnie niespodziewanie letnia edycja wypełniła mój biegowy kalendarz :)
4. Wzięło mnie na czytanie. Zatem nabyłam książkę o bieganiu i obecnie oczekuję sms-a z wezwaniem do paczkomatu, może jutro... może pojutrze... :) 

Czerwiec to także nieproszony gość w postaci nerwobólu. Obecnie sytuacja jest opanowana - jeśli nie liczyć skutków ubocznych w postaci polki galopki w moich jelitach. Ale tym się nie martwię, wezmę kolejną tabletkę - tym razem osłonową i będzie dobrze :)

Zatem miesiąc czerwiec uważam, że bardzo udany i rozbiegany.
Lipiec będzie czasem mobilizacji i treningu.