Burza zastała mnie na balkonie z laptopem na kolanach. Miało być miło.
Cisza, chłodniejsze powietrze, spokój piątkowego wieczora, sama ze
sobą... Niestety przyszła ona. Zaczęło grzmieć, błyskać się aż w końcu
lunęło. Niebo raz po raz przeszywały pioruny i błyskawice. Grzmot
nadchodził powoli jakby nieśmiało, rozwijał się jak rozkwitający kwiat
by w końcu przeszyć całe niebo i roztrzaskać je na miliony kawałków.
Zapachniało deszczem... po upalnych dniach i nocach zapach ten aż
drażnił w nozdrza... W pewnym momencie błysk oślepił mnie a grzmot
przeszył niespodziewanie moje uszy i mózg tak jakby zajrzał do mnie na
balkon, musnął mnie swoim ostrzem i odleciał dalej... Serce łomotało w
mojej piersi. Ta niespodziewana, namacalna bliskość zaskoczyła mnie i
przeraziła ale jednocześnie dała ulgę i pozwoliła odetchnąć głęboko
świeżym, wilgotnym powietrzem. Mimo strachu nadal stałam na balkonie,
krople deszczu odbijały się od moich policzków, nosa, czoła...
rozkosz...
sobota, 10 sierpnia 2013
piątek, 9 sierpnia 2013
klap, klap...
...oklapłam...
upał daje się we znaki... senne popołudnia, nieprzespane noce i zaspane poranki... żar z nieba i mróz z klimatyzacji... to wszystko sprawia, że chce się mniej... do tego bolące gardło, zatkane zatoki i nadciągające zapalenie strun głosowych i krtani (może się jednak rozmyśli)...
upał daje się we znaki... senne popołudnia, nieprzespane noce i zaspane poranki... żar z nieba i mróz z klimatyzacji... to wszystko sprawia, że chce się mniej... do tego bolące gardło, zatkane zatoki i nadciągające zapalenie strun głosowych i krtani (może się jednak rozmyśli)...
Jednak biegania nie odpuszczam. Biegania chce mi się więcej, dłużej,
szybciej, mocniej... chcę być mistrzem świata, przebiec 5, 10
kilometrów, półmaraton pewnie kiedyś maraton... Jestem przekonana, że
dam radę.
Po wczorajszym pilatesie, zgodnie z przewidywaniami, jest ból... po raz kolejny poznaję swoje ciało, odkrywam jego nowe zakamarki i dziwię się, że tam też są mięśnie, które mogą boleć...
Samochód zamieniam na rower... pęd powietrza we włosach daje ulgę przy upalnym, stojącym powietrzu... czuję jak mięśnie nóg napinają się gdy naciskam na pedały... ekstaza...
Wysiłek. Pokonywanie samej siebie. Przekraczanie swoich granic, granic dotychczas w mojej ocenie niemożliwych do przekroczenia... a jednak daję radę :) To jest takie ekscytujące, że zapominam o umiarze, moje niecierpliwe chcenie przebiera nogami aby się wyrwać i lecieć przed siebie. Dobrze, że jest ktoś, kto to wszystko porządkuje, skutecznie pacyfikuje moje niecierpliwe chcenie i wskazuje właściwą drogę. Dobrze jest mieć przewodnika...
Po wczorajszym pilatesie, zgodnie z przewidywaniami, jest ból... po raz kolejny poznaję swoje ciało, odkrywam jego nowe zakamarki i dziwię się, że tam też są mięśnie, które mogą boleć...
Samochód zamieniam na rower... pęd powietrza we włosach daje ulgę przy upalnym, stojącym powietrzu... czuję jak mięśnie nóg napinają się gdy naciskam na pedały... ekstaza...
Wysiłek. Pokonywanie samej siebie. Przekraczanie swoich granic, granic dotychczas w mojej ocenie niemożliwych do przekroczenia... a jednak daję radę :) To jest takie ekscytujące, że zapominam o umiarze, moje niecierpliwe chcenie przebiera nogami aby się wyrwać i lecieć przed siebie. Dobrze, że jest ktoś, kto to wszystko porządkuje, skutecznie pacyfikuje moje niecierpliwe chcenie i wskazuje właściwą drogę. Dobrze jest mieć przewodnika...
wtorek, 6 sierpnia 2013
bieganie jest zaraźliwe
...i rozprzestrzenia się w zastraszającym tempie.
Właśnie moja siostra cioteczna poinformowała mnie, że nabyła obuwie stosowne i zaczęła biegać i strasznie jej się to podoba. Niepokojącym pozostaje jedynie fakt stawiania mnie w roli eksperta... prowadził ślepy kulawego... ;) Mimo to sport to zdrowie, zdecydowanie i niezaprzeczalnie :)
Właśnie moja siostra cioteczna poinformowała mnie, że nabyła obuwie stosowne i zaczęła biegać i strasznie jej się to podoba. Niepokojącym pozostaje jedynie fakt stawiania mnie w roli eksperta... prowadził ślepy kulawego... ;) Mimo to sport to zdrowie, zdecydowanie i niezaprzeczalnie :)
poniedziałek, 5 sierpnia 2013
być kobietą
OK, pierwszy dzień "TYCH DNI" nie jest najlepszym czasem na
uskutecznianie wysiłku jakiegokolwiek czy to fizycznego czy umysłowego. W
zasadzie, w moim przypadku to prowadzenie samochodu też powinno być
zabronione. W TEN dzień powinnam siedzieć w domu na balkonie otulona
kocem i popijać herbatkę, no chyba, że jest upał to może być leżenie na
linii podmuchu wentylatora i popijanie wody mineralnej.
Oczywiście mądra kobieta po szkodzie, bo jak to wtorek i bez biegania?
Przyodziałam więc nowe butki i dresik i ruszyłam. Gdy tylko wyszłam na pierwszą prostą to wiedziałam, że to nie był dobry pomysł... Przeczłapałam niecałe trzy kilometry, trasę skróciłam maksymalnie i czym prędzej wróciłam do domu. Zeżarłam pół tabliczki czekolady i zaraz potem padłam. Spałam godzinę. A potem gdy już doszłam do siebie postanowiłam sobie solidnie: nigdy więcej! Biegam tylko wtedy gdy czuję się dobrze i nic mi nie dolega, to ma być dla mnie przede wszystkim przyjemność!!!
Tym sposobem okazało się po raz kolejny, że nie jestem typem wojownika a wszelkie postanowienia w moim przypadku nie mogą być realizowane bezwzględnie zgodnie z harmonogramem i wbrew sobie. Przede wszystkim w zgodzie z samą sobą... reszta sama przyjdzie :)
Oczywiście mądra kobieta po szkodzie, bo jak to wtorek i bez biegania?
Przyodziałam więc nowe butki i dresik i ruszyłam. Gdy tylko wyszłam na pierwszą prostą to wiedziałam, że to nie był dobry pomysł... Przeczłapałam niecałe trzy kilometry, trasę skróciłam maksymalnie i czym prędzej wróciłam do domu. Zeżarłam pół tabliczki czekolady i zaraz potem padłam. Spałam godzinę. A potem gdy już doszłam do siebie postanowiłam sobie solidnie: nigdy więcej! Biegam tylko wtedy gdy czuję się dobrze i nic mi nie dolega, to ma być dla mnie przede wszystkim przyjemność!!!
Tym sposobem okazało się po raz kolejny, że nie jestem typem wojownika a wszelkie postanowienia w moim przypadku nie mogą być realizowane bezwzględnie zgodnie z harmonogramem i wbrew sobie. Przede wszystkim w zgodzie z samą sobą... reszta sama przyjdzie :)
niedziela, 4 sierpnia 2013
parkrun go!
Dzisiaj Park Skaryszewski zaowocował życiówką (kolejną!) i aktywowaniem alergii :(
Biegło się świetnie, powietrze było lżejsze niż w ubiegłym tygodniu,
chociaż na odcinkach słonecznych piekło w policzki równo. Dobrze, że
było sporo cienia i trochę wody to wilgoć dawała chłód.
Po raz kolejny przekonałam się jak dobrze jest biegać nie samej. Pierwsze okrążenie udało mi się przebiec za pewną panią. Trzymałam się równo ale na drugim okrążeniu pani chyba przyspieszyła, bo ja przecież nie zwalniałam i tyle ją widzieli. Dalej biegłam swoim tempem, troszkę wolniej, ale skupiałam się na oddychaniu, które ostatnio nie szczególnie wykazuje chęć współpracy. Za mną było jeszcze kilka osób... "Dziś nie będę ostatnia" - ta myśl kołatała mi się przez drugą część trasy i nie pozwalała się zatrzymać... Piąty kilometr rozpoczęłam marszem. Musiałam. Nie dawałam już rady. Pomyślałam sobie, że teraz trochę podejdę, ale za to ostatnia prosta będzie moja. A odpocznę sobie za metą. Tak też zrobiłam. A gdy moim oczom ukazała się meta to uszach zabrzmiał Volver:
"Ten jedyny raz,
Poczuj znów życia smak.
Zrób to, jak na bungee skok.
Zaryzykuj i leć.
Odleć tam, dokąd chcesz."
...i odleciałam. Wizja skoku na bungee jakoś tak wyzwalająco na mnie działa, że zapominam o ograniczeniach i zmęczeniu. Doping też zrobił swoje.
Po raz kolejny przekonałam się jak dobrze jest biegać nie samej. Pierwsze okrążenie udało mi się przebiec za pewną panią. Trzymałam się równo ale na drugim okrążeniu pani chyba przyspieszyła, bo ja przecież nie zwalniałam i tyle ją widzieli. Dalej biegłam swoim tempem, troszkę wolniej, ale skupiałam się na oddychaniu, które ostatnio nie szczególnie wykazuje chęć współpracy. Za mną było jeszcze kilka osób... "Dziś nie będę ostatnia" - ta myśl kołatała mi się przez drugą część trasy i nie pozwalała się zatrzymać... Piąty kilometr rozpoczęłam marszem. Musiałam. Nie dawałam już rady. Pomyślałam sobie, że teraz trochę podejdę, ale za to ostatnia prosta będzie moja. A odpocznę sobie za metą. Tak też zrobiłam. A gdy moim oczom ukazała się meta to uszach zabrzmiał Volver:
"Ten jedyny raz,
Poczuj znów życia smak.
Zrób to, jak na bungee skok.
Zaryzykuj i leć.
Odleć tam, dokąd chcesz."
...i odleciałam. Wizja skoku na bungee jakoś tak wyzwalająco na mnie działa, że zapominam o ograniczeniach i zmęczeniu. Doping też zrobił swoje.
Tym sposobem pokonanie 5 km zajęło mi niecałe 34 minuty (to ponad minutę szybciej niż w ubiegłym tygodniu) :)
Niestety już wychodząc z parku zaczęłam kichać, potem smarkać i tak jest do teraz... aktywowana alergia cały czas kręci w nosie... A ja mam ją w nosie ;) biegać i tak będę! :)
Niestety już wychodząc z parku zaczęłam kichać, potem smarkać i tak jest do teraz... aktywowana alergia cały czas kręci w nosie... A ja mam ją w nosie ;) biegać i tak będę! :)
sobota, 3 sierpnia 2013
bilans lipca
Sama nie mogę w to uwierzyć - 90 km w nogach w tym prawie 30 km rowerowo i ponad 60 km w biegu :)
Jeszcze trzy miesiące wcześniej nie uwierzyłabym gdyby ktoś powiedział, że w lipcu takiego oto rachunku dokonam...
Jeszcze trzy miesiące wcześniej liczyłabym godziny spędzone na kanapie przed telewizorem...
Jeszcze trzy miesiące wcześniej byłabym zła na siebie samą...
Jeszcze trzy miesiące wcześniej nie miałam nadziei...
Jeszcze trzy miesiące wcześniej liczyłabym godziny spędzone na kanapie przed telewizorem...
Jeszcze trzy miesiące wcześniej byłabym zła na siebie samą...
Jeszcze trzy miesiące wcześniej nie miałam nadziei...
Dziś jestem z siebie zadowolona i dumna...
Dziś siebie lubię :) ...
Dziś nie mam skwaszonej miny tylko uśmiecham się do ludzi...
Dziś wiem, że mogę marzyć...
Dziś wiem, że mogę spełniać swoje marzenia...
Dziś siebie lubię :) ...
Dziś nie mam skwaszonej miny tylko uśmiecham się do ludzi...
Dziś wiem, że mogę marzyć...
Dziś wiem, że mogę spełniać swoje marzenia...
Otwórz oczy!
Rozejrzyj się dookoła!
Weź głęboki oddech!
Rozejrzyj się dookoła!
Weź głęboki oddech!
Żyj! :)
Świat jest kolorowy :)
czwartek, 1 sierpnia 2013
apetyt rośnie w miarę jedzenia...
...tym sposobem zachciało mi się czegoś więcej niż tylko (!)
bieganie. Dokonując szczegółowej analizy znanych mi, innych niż
bieganie, aktywności fizycznych, drogą eliminacji doszłam do wniosku, że
idealny będzie pilates... Rozważałam:
1. basen - ale za dużo wody no i włosy potem trzeba suszyć co przy mojej obecnej powalającej długości "do ucha" staje się lekko problematyczne więc basen pozostał w kategorii "okazjonalnie i dla przyjemności",
2. siłownia - ale w sumie tam jest nudno, sama nie pójdę a jeśli z kumpelą to fakt pozostaje taki, że czas spędzimy na plotkach a ćwiczenia będą zdecydowanie przy okazji więc siłownia odpada,
3. rower - ale na rowerze pracują głównie nogi (pedałowania rękami nie przewiduję) a mnie jednak zależałoby na czymś bardziej wszechstronnym,
4. w rozważaniach moich, przed ułamek sekundy, pojawił się jeszcze upojny i szalony seks jednak ze względów, o których nie chcę tu szczegółowo pisać pomysł ten odpadł w przedbiegach.
1. basen - ale za dużo wody no i włosy potem trzeba suszyć co przy mojej obecnej powalającej długości "do ucha" staje się lekko problematyczne więc basen pozostał w kategorii "okazjonalnie i dla przyjemności",
2. siłownia - ale w sumie tam jest nudno, sama nie pójdę a jeśli z kumpelą to fakt pozostaje taki, że czas spędzimy na plotkach a ćwiczenia będą zdecydowanie przy okazji więc siłownia odpada,
3. rower - ale na rowerze pracują głównie nogi (pedałowania rękami nie przewiduję) a mnie jednak zależałoby na czymś bardziej wszechstronnym,
4. w rozważaniach moich, przed ułamek sekundy, pojawił się jeszcze upojny i szalony seks jednak ze względów, o których nie chcę tu szczegółowo pisać pomysł ten odpadł w przedbiegach.
Doszłam więc do wniosku, że poszukiwana aktywność:
1. nie może wymagać ode mnie zbytniego przebierania się, czesania i przygotowywania,
2. musi być ciekawa i różnorodna z samej definicji,
3. nie może wiązać się z ociekaniem potem - potem ociekam obecnie cztery razy w tygodniu gdy biegam i to zdecydowanie wystarczy,
4. musi dziać się pod nadzorem instruktora (najchętniej przystojnego, dobrze zbudowanego latynosa), który będzie liczył powtórzenia, poprawiał pozycję i motywował do "jeszcze jednego powtórzenia" ;)
1. nie może wymagać ode mnie zbytniego przebierania się, czesania i przygotowywania,
2. musi być ciekawa i różnorodna z samej definicji,
3. nie może wiązać się z ociekaniem potem - potem ociekam obecnie cztery razy w tygodniu gdy biegam i to zdecydowanie wystarczy,
4. musi dziać się pod nadzorem instruktora (najchętniej przystojnego, dobrze zbudowanego latynosa), który będzie liczył powtórzenia, poprawiał pozycję i motywował do "jeszcze jednego powtórzenia" ;)
Pilates spełnia wszystkie kryteria, no może z tym instruktorem to nie
do końca ale to nie był warunek konieczny ;) Dziś więc stawiłam się na
pierwsze zajęcia i pierwsze czego się dowiedziałam, to że ćwiczenia są
jeszcze w przyszłym tygodniu a potem jest dwutygodniowy urlop pana
instruktora. W poprzednim życiu zniechęciłabym się natychmiast i bez
zastanowienia. Obecnie zastanowiłam się i stwierdziłam, że nie dam się
zniechęcić. Urlop pana instruktora odhaczyłam w kalendarzu i gotowość na
przyszły tydzień buduję :) Poza tym przeraziły mnie moje deficyty w
zakresie utrzymania równowagi leżąc bokiem na piłce... muszę to jakoś
poćwiczyć... Ciekawe jak ja jutro będę biegać, już dziś czuję, że mam
mięśnie w nogach... ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)