sobota, 3 maja 2014

XXIV Bieg Konstytucji

W postanowieniach noworocznych zapisałam udział w Triadzie Warszawskiej. Pierwszy krok ku realizacji tego postanowienia uczyniłam: XXIV Bieg Konstytucji się odbył a ja w nim pobiegłam. 

Najpierw stresowałam się żeby nie zaspać - udało się :) Wstałam jak trzeba, wyszykowałam się i w drogę. ...a za oknem zimno i pada... aleee przecież nie ma złej pogody na bieganie ;)
Po drodze zgarnęłam z przystanku moją biegową koleżankę i od tej pory było gwarno, wesoło i radośnie. Droga minęła szybko i na miejsce dotarłyśmy bez problemów. Nawet się nie zgubiłam, chociaż jechałam inną drogą niż zwykle. Deszcz stale kropił lub siąpił...

Depozyty były na Pepsi Arena. Najpierw trochę byłam zniesmaczona, że tak daleko od startu i jeszcze dalej od mety ale potem okazało się, że wcale to nie było takie złe gdyż lepiej było przebrać się w cywilizowanych warunkach, do których trzeba dojść niż w nie wiadomo jakich warunkach w deszczu. 

Na starcie atmosfera wesoła. Rozgrzewa była źródłem energii, której się nawet nie spodziewałam. Czekając na start mojej strefy podskakiwałam sobie radośnie i gawędziłam z innymi biegaczkami. W końcu ruszyliśmy. Z głośników słychać Enej... 
Pierwsze dwa kilometry były super. Znalazłam swój rytm. Biegłam za dziewczyną w czapce z daszkiem a potem... był podbieg na Agrykili... W końcu znalazłam się na Ujazdowskich - to był czwarty kilometr, chyba znowu zaczęło mocniej padać i krople spływały mi po nosie i rozgrzanych policzkach. Cieszyłam się, że już nie jest pod górkę i czekałam na "z górki". No i się doczekałam. Skręt w prawo z Ujazdowskich i w dół. Odważę się stwierdzić, że gnałam jak szalona :) Chociaż ciężko było mi już oddychać. W głowie mówiłam sama do siebie: "wdech i wydech, głęboko i spokojnie, wdech i wydech"... Dużo zakrętów było na tym ostatnim kilometrze. Po którymś zakręcie spojrzałam na zegarek: dystans 4,6 czy 7 coś tam i czas 29:57. Pomyślałam, że mniej niż 30 min to jeszcze nie tym razem ale walczę o każdą sekundę. Wchodząc w ostatni zakręt spojrzałam przed siebie i zobaczyłam metę - ucieszyłam się, że już bliziutko. Ale gdy tylko wyszłam na prostą zaklęłam bo do mety jeszcze spory kawał (to było może ze 200 m ale wtedy wyglądał na długą drogę). W tym momencie chciałam usiąść i odpocząć sobie ale doszłam do wniosku, że to chyba jednak nie wypada. Poza tym jeszcze ktoś by się o mnie potknął i nieszczęście gotowe... Dobiegłam więc, starając się oddychać równomiernie.
Po przekroczeniu mety udałam się po upragniony medal. Zmoczona ale uśmiechnięta wolontariuszka zawiesiła mi na szyi moje trofeum - oto foto:


 Na następnym stoisku dostałam napój izotoniczny i banana, które pochłonęłam ze smakiem :) Chwilę jeszcze odpoczęłam i już miałam ruszać w stronę depozytów gdy zobaczyłam swoją koleżankę. Droga powrotna upłynęła więc w wesołej atmosferze, między kroplami deszczu i przy różnych zaklęciach żeby nie było tak zimno ;)

W zasadzie biegłam po medal ale w głębi serca miałam nadzieję na choćby małą życióweczkę... Oba cele zrealizowałam. Medal dostałam a czas na 5 km poprawiłam w stosunku do jesiennego o ponad 2 min. - obecny wynik to 31:17. Jestem z siebie dumna i już czekam na Bieg Powstania Warszawskiego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz