piątek, 17 stycznia 2014

wracam... znowu...

I tak to już jest, że pewne rzeczy w naszym życiu nie zawsze do końca zależą od nas. Choćbyśmy się starali jak nie wiem co to zawsze coś może pójść nie tak a potem trzeba zaczynać od początku. Tak to właśnie jest z moim bieganiem. Wcale go nie planowałam. Po prostu któregoś majowego dnia wstałam, wyszłam z domu i potruchto-maszerowałam... wtedy zaczęłam nowe życie, chociaż nie zdawałam sobie jeszcze z tego sprawy...
W grudniu, po miesięcznej przerwie spowodowanej chorobą zaczynałam drugi raz. Oczywiście punkt startowy był już zupełnie inny niż ten majowy :) A dziś, po kolejnej chorobie wracam po raz trzeci. Nie ukrywam, że już nie mogłam się doczekać biegania. Trzy kilo na wadze więcej i zażeranie stresów wafelkami i czekoladą nie jest kierunkiem, w którym chciałabym podążać.
Więc dziś nadszedł dzień krytyczny i powiedziałam dość! Trzeba wracać! Po ostatnim niebieganiu postanowiłam na ostrożność więc dziś było krótko, tylko 4 km ale w tempie jak na moje bieganie przyzwoitym.

Więc, pierwsze koty za płoty. Mój kolejny pierwszy raz, tym razem - pierwsze bieganie po śniegu zaliczone :) nie było strasznie i nawet nie było zimno, było spoko. A w sobotę Biegi Górskie... już się nie mogę doczekać :)
 
A dziś w pracy dowiedziałam się, że biegać w zimę nie powinnam "bo się przewrócę i połamię nogi"... doprawdy, czego to ludzie nie wymyślą...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz